W dzieciństwie byłam bardzo szczęśliwa, gdy podczas upalnego lata mogłam jechać na wieś. Znajdowałam sobie jakieś wspaniałe miejsce w cieniu, gdzie siadywałam zadowolona z własnego towarzystwa. Uważałam siebie za osobę nieco tajemniczą. W takich wyjątkowych chwilach pojawiały mi się niezwykle przejrzyste wizje, a w obrazie zawsze widniał mój olbrzymi rdzenny Amerykanin.

Kiedy czytam mój pamiętnik z tego okresu, widzę z niego wyraźnie, że rozumiałam reinkarnację i karmę, choć brakowało mi precyzyjnych słów na zdefiniowanie tych pojęć. Miałam około dwudziestu lat, gdy poznałam nazwisko mojego przewodnika. Stał w moim pokoju gościnnym obok niebieskiego krzesła, na którym zawsze siadywałam, gdy zajmowałam się poradami. Krzyżując ręce na piersiach (tę samą pozę przybrał, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy w wieku dziesięciu lat), zapisał swe imię w moim umyśle w sposób nadprzyrodzony. Usłyszałam w głowie donośny i dźwięczny głos. „Nazywam się Białe Pióro. Jeśli będziesz mnie potrzebować, wezwij mnie wypowiadając moje imię. Zawsze będę w pobliżu, bo mam obowiązek cię pilnować. Towarzyszyłem ci od urodzenia”.

Znając go od dzieciństwa, w odpowiedzi skinęłam tylko głową z szacunkiem. Nigdy nie pragnęłam dowiedzieć się, jak się nazywa, a jednak gdy mogłam zidentyfikować mojego przyjaciela i duchowego towarzysza, podniosło to wartość naszego związku. Pamiętajcie, że te wydarzenia były dla mnie zupełnie normalne. Były, by zacytować Carsona McCulersa „nami we mnie”, stanowiły taką część mojego życia, gdzie nie ma miejsca na separację. Białe Pióro i ja stanowiliśmy jedność.

Leave a Reply