Kilkadziesiąt mnożących się komórek zarodka zmienia nie tylko odpornościowe reakcje matki, ale wpływa także na jej proces trawienia, skład chemiczny krwi, stany emocjonalne, a nawet mięśnie i ścięgna podtrzymujące ciało. Osłabiają także jej nieświadome dążenie do zapewnienia sobie ochrony przed obcymi ciałami. Zarodek precyzyjnie kieruje tym procesem, subtelnie manipulując zachowaniem zazwyczaj wyrachowanych komórek odpornościowych, tak że nadal atakują i niszczą organizmy wywołujące choroby, natomiast nie ruszają płodu. Chirurdzy transplantolodzy mogą tylko pozazdrościć embrionowi jego statusu przyjaznego, choć obcego rezydenta w brzuchu, jako że medycyna, aby ogłuszyć cały układ immunologiczny buntujący się przeciw przeszczepom obcej tkanki, musi stosować chemiczny odpowiednik młota kowalskiego.

Skoro w tej grze biorą udział tak potężne siły, nie powinno już dziwić, że ciąża nie zawsze jest radosnym celebrowaniem nowego życia. Powiększanie się jest uciążliwe, a zalew hormonów rozwoju plus wymagania zarodka dają nieprzyjemne skutki uboczne. Natura ma jedną odpowiedź na skargi przyszłej matki: „Tak ma być”. W końcu, z punktu widzenia ewolucji, nie ma znaczenia, czy matka lekko znosi ciążę, byleby ją tylko przeżyła. A drobne niewygody mogą być sposobem na zwrócenie jej uwagi na dziecko noszone w łonie. Czujność ta jest najbardziej potrzebna właśnie podczas pierwszych sześciu tygodni ciąży, kiedy zarodek zmienia się z ameboidalnej kuli w miniaturową istotę ludzką.

Leave a Reply